W to również się nie bawię...
23:47Witam serdecznie po długiej przerwie! Ostatni raz pisałem tutaj pod koniec sierpnia. Zaczęło się od lenistwa i klasycznego zastoju, po prostu nic ciekawego się nie działo (szczerze powiedziawszy zazwyczaj tak jest). Później zaś podjąłem decyzję, że póki jeszcze nie udało mi się zainteresować większej grupy ludzi, nie ma sensu wymuszać regularności tutaj, na blogu, już i tak robię to niepotrzebnie na swoim kanale "growym". Co więc za tym idzie, postanowiłem, że będę pisać po prostu kiedy będę miał ochotę, nastrój, chęci i przede wszystkim temat oraz pomysł.
Ale to nie miejsce na wytłumaczenia. Piszę ten wpis szybko jeszcze na krótko przed północą, by podzielić się moją opinią dotyczącą właśnie postępującego "święta", wrócić pamięcią do minionego roku oraz popatrzeć w dal, w przyszły...
Nie będę owijał w bawełnę. Rozwijając ten, jakże tajemniczy i zgrabny tytuł wpisu od razu powiem, że nie świętuję tego czasu, nie uznaję tej okazji jak "Sylwester".
Nasz świat z perspektywy wszechświata jest bardzo młody. Z naszej już bardzo stary. Stary i szybki, bo tak samo szybko jak powstaliśmy jako ludzkość, tak samo szybko niebawem upadniemy. My zaś we współczesności, w tych czasach, które już dla innego w przyszłości będą historią z jednej strony czasu nie liczymy, z drugiej zaś bardzo skrzętnie to robimy. Dzisiejsza cywilizacja świętuje każdy kolejny rok.
Ale zastanówmy się: Czym jest tak naprawdę rok? Co to znaczy? Spójrzmy na historię i na to, ile Ziemia trwa mniej więcej w takiej postaci, jaką obserwujemy teraz.
Jeżeli to zauważymy, zdamy sobie sprawę, że jeden rok jest NICZYM. Tak samo jak pojedyncze ludzkie życie trwające średnio, zazwyczaj 50-70 tych Sylwestrów...
Rzeczywiście, większość z nas patrzy przez pryzmat naszego własnego życia. Bo na co komu ten świat? Mamy życie to trzeba je jakoś przeżyć, nieprawdaż?
I takie podejście nie jest do końca tak prymitywne jak mogłoby się wydawać, ale ja osobiście mam powody, by nie świętować również po tej stronie.
Nie lubię tej atmosfery, nie przypada mi ona do gustu. Ciągłe wystrzały, rzadko zdrowa zabawa i przebywanie z innymi, litry alkoholu...
Właśnie, alkohol... Serio, gdy tak wielu ludzi w takim małym rozproszeniu jest pod wpływem alkoholu, robi się to naprawdę bardzo niebezpieczne dla całego otoczenia. To czysta logika. Tak, jak lubię nocne spacery, tak w tę coroczną noc w tak dużym mieście bałbym się gdziekolwiek wyjść...
Zwłaszcza jako osoba nie przepadająca za piciem na imprezach czy w mniejszym gronie, nerwowo reaguje na to ciągłe przebijanie się w mówieniu (lub co gorsza - pokazywaniu) jak to ktoś się dobrze bawi (lub bawił - czyt. wieczny kac już na samym starcie nowego roku).
No i przede wszystkim tradycyjnie nie lubię życzeń. Ale skupmy się na tym, co za nimi idzie. "Definicja" tego "święta" mówi, że świętujemy nadejście nowego roku, by był jak najlepszy i żegnamy stary zależnie od tego, jaki dla nas był.
Raz jeszcze: świętujemy, by był jak najlepszy, obieramy to za cel i robimy sobie swoje własne postanowienia noworoczne. I w tym jest pies pogrzebany! Ludzie czują jakąś magię w tej jednej minucie przejścia z jednego roku na drugi, uważają, że gdy naprawdę mocno będą chcieli, to ten rok, niczym jakieś bóstwo będzie dla nich obfity i udany. Pomijając, że widać tutaj wyraźne echo po dawnym politeizmie w religiach naszego gatunku (rodem z Mitologii, do której można by dodać nowe bóstwo, nazwijmy je... "Novyroc" - będzie to nadmiernie wesoły mężczyzna z nietrzeźwym wzrokiem i atrybutem butelki po szampanie), to tak naprawdę to, czy rok uznamy za dobry zależy tylko od naszego podejścia, naszego działania oraz dużej dawki szczęścia i korzystnego dla nas otoczenia.
Dla mnie ten rok był delikatnie mówiąc... okropny? Miałem wiele planów, cichych pragnień, liczyłem na wiele rzeczy. Gdy spojrzałem przed rozpoczęciem tego wpisu na inne moje słowo pisane, podobnie stworzone w odosobnieniu prawie dokładnie rok temu, również przed rozpoczęciem nowego, wszystko sobie przypomniałem, poczułem się tak, jakby to było wieczór temu. Jedynym co, odpędzało myśl, że zupełnie stoję w miejscu był tylko wniosek, że moje nastawienie stało się jeszcze bardziej racjonalne i stabilne.
Ten rok był tylko kontynuacją zastoju i mojego surowego dojrzewania w braku perspektyw w czymkolwiek, co robię.
Dokładnie wiem, co towarzyszyło mi rok temu, gdy spisywałem swoje myśli. Dlatego teraz wiem, jaki w ogólnej postaci będzie dla mnie przyszły rok. Będzie podobny do tego. Nawet gorszy - osiągam pełnoletność i ja jako bardzo mało obyty i dość nieudolny osobnik będę się musiał zacząć przynajmniej w minimalnym stopniu ogarniać. Im jestem starszy tym bardziej krytycznie patrzę na swoją przyszłość i przeszłość ale też jestem bardziej świadomy tego, co mnie otacza. A przez to mnie coraz bardziej mdli...
Nie piszę tego, by przekonać Was, że świętowanie tej "okazji" czyni Was kimś gorszym.
Nie piszę tego, by się wyżalić.
Piszę to starając się być choć trochę obiektywnym oraz z trzeźwym, racjonalnym spojrzeniem.
Dziękuję bardzo za przeczytanie tych luźnych przemyśleń. Zapewne większość z Was zobaczy to już kiedy indziej - Ci poinformowani już w nowym roku, inni trafią na ten wpis zupełnie kiedy indziej. Ale nic w tym złego. Być może uda mi się wzbudzić w Was refleksje na ten temat, dzięki czemu być może spróbujecie chociaż sami nadać temu okresowi swój własny sens i znaczenie a nie przyjmować, to, co przeżuwa od dawna i podaje Wam świat...
Rok temu słuchałem "I See Fire" Ed'a Sheeran'a... Teraz ukazała się ostatnia część trylogii i od ostatniego czasu bez przerwy chodzi za mną "The Last Goodbye". Posłuchajcie, bo to kolejna muzyka, która jakoś niewytłumaczalnie działa na moje wnętrze.
Patrzę właśnie na swojego kota i śmieje się do siebie. On nie świętuje. On nie wie tylu niepotrzebnych rzeczy. On po prostu żyje...

0 komentarze